niedziela, 16 grudnia 2007

*

Dziewczynka, drobna, chuda i blada zdawała się być dużą lalką, porzuconą niedbale przez znudzone nią dziecko. Jej oczy - równie puste i nieruchome niczym namalowane oczy plastikowej zabawki, a intensywnie czerwone rumieńce tworzyły niesamowity, nienaturalny kontrast z mlecznobiałą, porcelanowa skórą. Żyła, oddychała, a jednak była martwa w środku, wypalona. Zbyt dużo przeżyła jak na dziecko. Zbyt wiele wiedziała. Śmierć była zbyt blisko, jeszcze nim życie zdążyło na dobre rozkwitnąć. Anette pochyliła się nad nią, w mimowolnym odruchu i chwyciła drobną brodę odwracając w swoją stronę. Chciała się jej przyjrzeć, spojrzeć prosto w te wielkie, dziecięce, błękitne oczy i wyczytać z nich prawdą. Poznać jej historię. Ale oczy dziewczynki milczały. Niczym doskonały zwiastun nadchodzącej śmierci. Gładka powierzchnia skóry policzków przeraziła ją swym lodowatym zimnem, odruchowo cofnęła jeszcze ciepłe dłonie, które nie zdążyły zmarznąć. Dziecko trzęsło się zimna, krótkimi, intensywnymi atakami drgawek. Musiała je ogrzać. Oczy Anette przyzwyczaiły się już do ciemności, do brudnego zaułku miasta, nie oświetlonego przez nie działającą, zniszczoną przez bezmyślnych wandali latarnię. Pozwoliły jej dostrzec obsypaną delikatnie płatkami powierzchnię płaszcza rozłożoną za plecami dziecka. Wyciągnęła dłoń, by sięgnąć po zbawienny element odzieży, kiedy w jednej chwili zadziwiające odkrycie wywołało u niej dreszcz. Pod powierzchnią płaszcza leżało ciało kobiety, tak bardzo wychudzone i drobne, że niemal niewidoczne, stapiające się z wnętrzem materiału, jakby stanowiło jego cześć. Nie wyczuła tętna. Kobieta nie żyła już od wielu godzin, może dni, ciało zaczęło już wydzielać ledwo wyczuwalny fetor rozkładających się zwłok. Jak ten zapach mógł ujść jej uwadze?

Okalała jeszcze żywą dziewczynkę ciepłym, miękkim płaszczem i usiadła na śniegu, chcąc zebrać myśli. Pierwsza śmierć. Pierwsza ofiara.. Była tego świadoma.

- Jak masz na imię? – spytała nagle, nie oczekując odpowiedzi, chcąc po prostu przerwać nieznośną ciszę. Brak odzewu. Czy mogła zrobić cokolwiek więcej? A może tak ma być. Ból i nędza małej sieroty skończy się wcześniej. Szybko, choć niestety nie bezboleśnie. Nie zdąży zatęsknić za lepszym życiem. Postąpiła już krok wprzód, gotowa do dalszej drogi.

- Lilian. – delikatny głosik, bardziej wydany ostatnim wysiłkiem woli szept niźli odpowiedź wydobył się z maleńkiego, dziecięcego gardła. Poczuła drobne, lodowate dłonie obejmujące nieśmiało jej biodra. I oczy. Wciąż nieruchome, wciąż obce i zimne, skierowane niezmiennie przed siebie, oczy lalki. Lilian wcale nie unikała jej wzroku. Po prostu nie wiedziała, gdzie ma go szukać. Jej spojrzenie było martwe, dosłownie… i w przenośni.

cz.I

Wyszła z domu. Tak po prostu – otworzyła drzwi i wymknęła się ukradkiem, tak aby nikt nie zdołał jej powstrzymać. Zrobiła to szybko, pod wpływem dziwnego, nagłego impulsu, który zawładnął jej duszą, zmęczoną i znudzoną, spragnioną czegoś więcej, czegoś, co pomoże jej odkryć siebie. Nie wstydziła się. Już nie. Wiedziała, że mroczna cześć jej samej istnieje, że jest rzeczywista i namacalna, tak jak ona. Czuła, że nie może już jej ukrywać, wciąż uciekać przed tym, co się w niej kryje. Ubrała się tak, jak zawsze chciała. W czarną, skórzaną mini spódniczkę, odsłaniająca idealne, smukłe uda i w skórzaną obcisła kurtkę, pod którą odznaczała się subtelna krągłość jędrnych piersi. Pomalowała usta ciemną szminką, z rozkoszą spoglądając w lustro jak jej wargi nasycają się purpurą. Uwielbiała siebie taką. Wyglądała jak dziwka. I o to właśnie chodziło. Jej twarz zdawała się być złą i tajemniczą – to świetnie, miała już dość bycia grzeczną dziewczynką. Miała osiemnaście lat, a tak naprawdę ani przez chwilę nie była sobą. To bolało. Nieznana siłą rozrywała ją od wewnątrz, dziki instynkt kierował ku najskrytszym pragnieniom, żądzom, niepoprawnym myślom. Po raz pierwszy zaczęły przybierać one kształt realny, zaczęły fascynować ją swoją intensywnością , przybierać konkretne kształty, Czuła, że musi dać upust tym pragnieniom, inaczej oszaleje. Czuła to od dawna, to w niej drzemało, rosło, niczym potwór, który rozwija się w jej łonie, powoli niszcząc ją samą, rozrywając od środka, rozciągając skórę, aby się wreszcie wydostać, uwolnić, odetchnąć prawdziwym powietrzem. Sama już nie wiedziała, czy to ona jest tym potworem, czy coś owładnęło jej umysł. Wiedziała jedno – jej wizja musi zostać zrealizowana, jej dziecko musi przyjść na świat, a mrok jej duszy i ciemność nocy stały się jej przyjaciółkami i oddanymi położnymi.


Nikt nie zatrzymywał jej, gdy wychodziła. Nikomu nie zależało. Każdy miał to gdzieś, była swoim własnym cieniem, odkąd pamiętała, zawsze umykała ukradkiem pomiędzy tłumem, zawsze szara i niepozorna. Nikt jej nie dogonił, nikt nie ostrzegł, że naraża się na ból i prawdę, która może ją zabić. a możliwe że i tak naprawdę nie odnajdzie tego, czego szuka – siebie. Nikt nie musiał jej tego mówić, w głębi duszy wyczuwała to sama. I jak niewidomy wędrowiec udała się pierwszą lepszą drogą, nie uciekając od żadnego doświadczenia, żadnej możliwości poznania. Nie bała się zła, nie bała się już mroku, od tak dawna śmiertelny lęk wzbudzała w niej jedna myśl - że może już nie zdążyć… Nie zdążyć być sobą aż do fizycznego bólu, aż do granic możliwości, tak, jak zawsze tego pragnęła.

Szła powoli, wczuwając się w każdy krok, czuć spojrzenie setek oczu na swoim półnagim ciele, kroczyła wśród tych przegranych dusz, włóczęgów, dziwek, meneli i ćpunów, uwodziła swoją świeżością i szczerością, przed chwilą była niewinną dziewczynką w porozciąganym swetrze, a teraz wcieleniem modliszki, która zabija swoim spojrzeniem. Nie robiło jej to różnicy, nie czuła współczucia. Oni wszyscy już dawno byli martwi. Wypaleni, przegrani, zapomniani. Lecz wolni. Przez jedną chwilę szukali siebie i zapłacili za to cenę własnych dusz. Czy było warto? Nie, nie chciała o tym myśleć, nie teraz. Nie chciała ich osądzać. Niech zrobi to Bóg, o ile istnieje. O ile sam, tak jak ona nie poszedł szukać siebie i ma gdzieś ich wszystkich.