niedziela, 16 grudnia 2007

cz.I

Wyszła z domu. Tak po prostu – otworzyła drzwi i wymknęła się ukradkiem, tak aby nikt nie zdołał jej powstrzymać. Zrobiła to szybko, pod wpływem dziwnego, nagłego impulsu, który zawładnął jej duszą, zmęczoną i znudzoną, spragnioną czegoś więcej, czegoś, co pomoże jej odkryć siebie. Nie wstydziła się. Już nie. Wiedziała, że mroczna cześć jej samej istnieje, że jest rzeczywista i namacalna, tak jak ona. Czuła, że nie może już jej ukrywać, wciąż uciekać przed tym, co się w niej kryje. Ubrała się tak, jak zawsze chciała. W czarną, skórzaną mini spódniczkę, odsłaniająca idealne, smukłe uda i w skórzaną obcisła kurtkę, pod którą odznaczała się subtelna krągłość jędrnych piersi. Pomalowała usta ciemną szminką, z rozkoszą spoglądając w lustro jak jej wargi nasycają się purpurą. Uwielbiała siebie taką. Wyglądała jak dziwka. I o to właśnie chodziło. Jej twarz zdawała się być złą i tajemniczą – to świetnie, miała już dość bycia grzeczną dziewczynką. Miała osiemnaście lat, a tak naprawdę ani przez chwilę nie była sobą. To bolało. Nieznana siłą rozrywała ją od wewnątrz, dziki instynkt kierował ku najskrytszym pragnieniom, żądzom, niepoprawnym myślom. Po raz pierwszy zaczęły przybierać one kształt realny, zaczęły fascynować ją swoją intensywnością , przybierać konkretne kształty, Czuła, że musi dać upust tym pragnieniom, inaczej oszaleje. Czuła to od dawna, to w niej drzemało, rosło, niczym potwór, który rozwija się w jej łonie, powoli niszcząc ją samą, rozrywając od środka, rozciągając skórę, aby się wreszcie wydostać, uwolnić, odetchnąć prawdziwym powietrzem. Sama już nie wiedziała, czy to ona jest tym potworem, czy coś owładnęło jej umysł. Wiedziała jedno – jej wizja musi zostać zrealizowana, jej dziecko musi przyjść na świat, a mrok jej duszy i ciemność nocy stały się jej przyjaciółkami i oddanymi położnymi.


Nikt nie zatrzymywał jej, gdy wychodziła. Nikomu nie zależało. Każdy miał to gdzieś, była swoim własnym cieniem, odkąd pamiętała, zawsze umykała ukradkiem pomiędzy tłumem, zawsze szara i niepozorna. Nikt jej nie dogonił, nikt nie ostrzegł, że naraża się na ból i prawdę, która może ją zabić. a możliwe że i tak naprawdę nie odnajdzie tego, czego szuka – siebie. Nikt nie musiał jej tego mówić, w głębi duszy wyczuwała to sama. I jak niewidomy wędrowiec udała się pierwszą lepszą drogą, nie uciekając od żadnego doświadczenia, żadnej możliwości poznania. Nie bała się zła, nie bała się już mroku, od tak dawna śmiertelny lęk wzbudzała w niej jedna myśl - że może już nie zdążyć… Nie zdążyć być sobą aż do fizycznego bólu, aż do granic możliwości, tak, jak zawsze tego pragnęła.

Szła powoli, wczuwając się w każdy krok, czuć spojrzenie setek oczu na swoim półnagim ciele, kroczyła wśród tych przegranych dusz, włóczęgów, dziwek, meneli i ćpunów, uwodziła swoją świeżością i szczerością, przed chwilą była niewinną dziewczynką w porozciąganym swetrze, a teraz wcieleniem modliszki, która zabija swoim spojrzeniem. Nie robiło jej to różnicy, nie czuła współczucia. Oni wszyscy już dawno byli martwi. Wypaleni, przegrani, zapomniani. Lecz wolni. Przez jedną chwilę szukali siebie i zapłacili za to cenę własnych dusz. Czy było warto? Nie, nie chciała o tym myśleć, nie teraz. Nie chciała ich osądzać. Niech zrobi to Bóg, o ile istnieje. O ile sam, tak jak ona nie poszedł szukać siebie i ma gdzieś ich wszystkich.


Brak komentarzy: